rozmowa matki z córką

Tłumaczenia w kontekście hasła "rozmówkę matki z córką" z polskiego na angielski od Reverso Context: Czy możemy odłożyć tę rozmówkę matki z córką? Policjanci odnaleźli w poniedziałek 21 lutego zwłoki dwóch kobiet i martwego psa w lesie w Romanowie w powiecie częstochowskim. Niestety wszystko wskazuje na to, że to matka i córka z 1259 views, 21 likes, 7 loves, 2 comments, 17 shares, Facebook Watch Videos from Ośrodek Pomocy i Edukacji Psychologicznej Intra: TEATR NA KOZETCE Rozmowa o relacji Matki z Córką. To l odcinek z Z matki na córkę kobiety przekazują sobie obraz mężczyzny gwałtownego lub dającego poczucie bezpieczeństwa, godnego podziwu lub banalnego, obojętnego lub zdolnego do czułości. Tworząc własny portret mężczyzny, każda dziewczynka będzie używać barw, które wcześniej stosowała jej matka. Ale nie tylko matki są odpowiedzialne Zastanawiałyśmy się z Córką, czy problem wynika z mojej i jej aktualnej sytuacji życiowej, czy bardziej ze sposobu, w jaki myślimy i przeżywamy (choć możliwe, że z jednego i drugiego). Terapeuta starał się wczuć w naszą sytuację, jednocześnie nie tracąc z oczu istotnych okoliczności: ważnych wydarzeń z naszego życia i nonton film iron man 4 rise of morgan stark. – Uśmiecham się tutaj, ale jednocześnie boję się. Boję się tak bardzo jak to tylko możliwe – w ten sposób Anastasia Pavlova opisała zdjęcie, które zostało wykonane, tuż przed jej misją. 23-latka postanowiła zrobić wszystko, aby ewakuować swoich rodziców, którzy pozostali na obrzeżach Mariupola. Matka nazwała ją bohaterką. BBC przybliżyło historię 23-latki, która uciekła z Charkowa – miasta wściekle atakowanego przez rosyjskie wojska. Anastasia Pavlova wraz ze swoim narzeczonym zamieszkali w Dnieprze, w lokum należącym do rodziny mężczyzny. Kobieta nieustannie martwiła się o los swoich rodziców, którzy pozostali na obrzeżach Mariupola. Wojna na Ukrainie. Poruszająca rozmowa matki z córką. „Nie przyjeżdżaj” Oksana, matka 23-latki, odnalazła siłę w modlitwie. Jednak pojawiały się chwile zwątpienia. – Dzień po dniu nad dachem naszego domu przelatywały pociski różnych kalibrów. Czwartego dnia wojny zaczęłam myśleć, że tego nie przetrwam – relacjonowała kobieta. W mieście atakowanym przez rosyjskie wojska, Ukraińcom doskwiera nie tylko strach, ale także głód, brak dostępu do bieżącej wody i brak prądu. Mimo przeciwności Oksanie udało się skontaktować z córką. – Nie przyjeżdżaj – ostrzegła Anastasię. 23-latka nie posłuchała jednak prośby matki i pod koniec marca wyruszyła w drogę w kierunku Mariupola. Anastasia na zdjęciu, które wykonano przed podróżą, uśmiecha się, ale – jak sama zaznacza – to tylko pozory. – Uśmiecham się tutaj, ale jednocześnie boję się. Boję się tak bardzo jak to tylko możliwe – powiedziała. „Nie mogłam się cieszyć, ale też nie mogłam płakać” W czasie podróży Anastasia wraz z osobami, które jej towarzyszyły, mijała rosyjskie punkty kontrolne. Jak relacjonowała, z upływem kolejnych kilometrów „chudzi chłopcy, którzy wstydzili się poprosić o otwarcie samochodu” zamienili się w „bardziej wojskowych strażników”. Podczas sprawdzania dokumentów w czasie jednej z kontroli rosyjscy wojskowi wycelowali lufę karabinu maszynowego w głowy podróżujących. Domagali się wskazania, jaki jest cel podróży. Anastasia powiedziała, że chce pomóc rodzicom i dostarczyć ojcu lekarstwo. 23-latka cały czas odczuwała strach. – Wydaje się, że zaraz zabiorą ci samochód, albo zastrzelą, zgwałcą. (…) To przerażające. Zdajesz sobie sprawę, że żadne z twoich praw nie jest tutaj przestrzegane – powiedziała Anastasia. Kobieta nie wiedziała, czy odnajdzie swoich rodziców żywych. Po wielu godzinach udało jej się dotrzeć do bliskich. – Nie mogłam się cieszyć, ale też nie mogłam płakać – relacjonowała 23-latka, którą matka nazywa „bohaterką”. Teraz rodzice 23-latki są już w „bezpieczniejszym mieście” na zachodzie Ukrainy, a ona wróciła do Dniepru. Kobieta wciąż myśli o tych, którzy nie mogą się wydostać z Mariupola i okolic. – Muszą starać się przeżyć, nawet jeśli Mariupol jest okupowany. Codziennie są pod ostrzałem. Wielu nie chce odejść, nie chce opuszczać swoich domów, ani grobu męża lub żony – powiedziała. Raport Wojna na Ukrainie Otwórz raport Kiedy Ania powiedziała mamie, że nie chce mieć dzieci, usłyszała: "Każdy je ma, z tym się nie dyskutuje". Marta w podobnej sytuacji dowiedziała się, że jest nienormalna i że nie powinna wiązać się z mężczyzną, bo tylko zniszczy mu życie. Młode kobiety, którym nie pali się do matkowania, w rodzinnych domach trafiają na mur niezrozumienia. Rodzice nie potrafią zaakceptować wyboru swych bezdzietnych córek, córki z kolei czują się wrabiane w macierzyństwo. Jak o tym rozmawiać, by nie nadszarpnąć rodzinnych więzi? Czy kobieta musi być matką?"Kobieta powinna mieć dziecko, aby czuć się pełnowartościowym człowiekiem" – pod tym sformułowaniem w 2000 roku podpisywało się 70% polskiego społeczeństwa. Podobne zdanie miał wówczas co drugi Niemiec i zaledwie co dziesiąty Fin. Od tamtego badania minęło ponad dwadzieścia lat, w wielu sferach życia zaszły rewolucyjne zmiany, ale figura kobiety-matki wciąż włada naszą społeczną wyobraźnią. Wokół niej toczą się gorące spory polityczne i zażarte dyskusje przy rodzinnych stołach. Pretekstów do spięć nie brakuje, bo młode Polki coraz powszechniej odrzucają obarczoną tradycyjnymi powinnościami rolę matki i wybierają wolność od dzieci. A przynajmniej odkładają macierzyństwo na świętego naukowców ze Szkoły Głównej Handlowej aż 25% kobiet urodzonych w 1975 roku prowadzi bezdzietne życie. Wśród ich młodszych koleżanek odsetek bezdzietnic będzie prawdopodobnie jeszcze większy. Ta niechęć do macierzyństwa wciąż budzi społeczny opór. Protestują zarówno politycy zainteresowani wskaźnikami demograficznymi, jak i rodzice tęskniący za wnukami. Ale najgłośniej i w sposób najbardziej uciążliwy dla młodych kobiet protestują... ich matki i teściowe – tak przynajmniej wynika z mojej facebookowej sondy. Zanim usiadłam do napisania tego tekstu, zebrałam od czytelniczek "Bezdzietnika" ponad pięćdziesiąt historii rodzinnych i tylko w kilku panowie głośno i konsekwentnie domagali się wnuków. Zazwyczaj milczeli albo szybko godzili się z rolą niedziadka. Najgorętsze spory o potomstwo i jego wartość toczyły się między kobietami – ponad połowa przepytanych przeze mnie bezdzietnic brała w nich udział. Nadstawmy więc ucha i sprawdźmy, jak przebiegają te najbardziej burzliwe i destrukcyjne dyskusje o wnukach, by wiedzieć, jakich błędów unikać. Matki i córki rozmawiają o potomstwieKarolina, odkąd pamięta, powtarzała, że nie chce mieć dzieci, lecz jej mama nie brała tego na poważnie. "A tam – śmiała się – ja w twoim wieku też tak mówiłam, a teraz co? Mam dwójkę". Jednak lata mijały, argument "ja w twoim wieku" tracił aktualność, a Karolina uparcie trwała w bezdzietności. Mama zmieniła więc taktykę i zaczęła częściej zapraszać do domu synową z maleńkim dzieckiem w nadziei, że córka "zarazi się" instynktem macierzyńskim. Nie poskutkowało. Lubię dzieci i chętnie się z nimi bawię – mówi Karolina – ale swoich mieć nie chcę. Mogę zostać ciotką, matką – nie! Agnieszka wychowała się w rodzinie z problemem alkoholowym. Z dzieciństwa pamięta kłótnie, przemoc, zapach alkoholu i poczucie zagrożenia. Nieraz udzielała matce pomocy lub wzywała policję, bo w domu lała się krew. Szybko musiała dorosnąć i pójść na swoje. Dziś jest w stabilnym, bezdzietnym związku i nie zamierza tego zmieniać. Nie lubi dzieci. To budzi zdumienie wśród bliskich. Matka Agnieszki ciągle pyta, kiedy w końcu zostanie babcią. Oskarża zięcia o niewypełnianie małżeńskich obowiązków. Naciskają też teściowie. Podczas rodzinnych spotkań powtarzają, że chcieliby wnuka od najstarszego syna i dopytują się, czy młodzi wybrali już dla niego imię. Agnieszkę to męczy. Oni myślą, że jestem jakaś wybrakowana – tłumaczy. – Urodzenie dziecka to dla nich szczyt kobiecości. I jeszcze Alicja. Jej rodzice, choć sami mieli czworo dzieci, bez problemu zaakceptowali bezdzietność córki, ale teściowa wciąż domaga się wnuka. Ogląda zdjęcia i filmiki znajomych babć, rozczula się nad bobasami, a Alicję, w przypływie złego humoru, nazywa egoistką. Potem przeprasza. Zastanawia się, jaki błąd popełniła, wychowując syna na bezdzietnego samoluba. Młodym jest przykro. Kupili mieszkanie na drugim końcu Polski i nie palą się do zacieśniania kontaktów rodzinnych, ale od czasu do czasu spotkać się trzeba. Teściowa wykorzystuje te rzadkie okazje, by przemycić pronatalistyczny przekaz. Półsłówkami, aluzjami i niedopowiedzeniami cierpliwie urabia synową. Czuję się jak inkubator, nie synowa – skarży się Alicja. – Wydaje mi się, że teściowa jest dla mnie miła tylko dlatego, że chce ode mnie wnuka. Najczęstsze błędy pojawiające się w rozmowach o wnukachLekceważenie i pobłażliwośćSpójrzmy, ile w tych rozmowach złych emocji i wzajemnego niezrozumienia! Dorosłe kobiety, jeśli głośno zadeklarują bezdzietność lub po prostu nie dostarczą wnuka na czas, traktowane są często jak kapryśne nastolatki. Matki pobłażliwie traktują nie tylko wybór córek, ale także wszystko to, co za tym wyborem stoi: zawiły splot uczuć, lęków i przekonań. Z góry zakładają, że bezdzietność to manifestacja szczeniackiego buntu, chwilowa fanaberia, która przejdzie jak młodzieńczy trądzik. Nie pytają więc córek o uczucia ani o racje, mówią za to: "jeszcze zmienisz zdanie", "kiedyś zmądrzejesz", "wydziwiasz", "cudujesz", "jesteś niepoważna", "będziesz miała, to będziesz chciała".Czasami nic nie mówią, po prostu puszczają mimo uszu deklaracje córek, nie przyjmują ich do wiadomości, ostentacyjnie milczą lub podczas codziennych pogawędek tak dobierają słowa, by dać córkom do zrozumienia, że ich bezdzietne życie traktują jako tymczasowe. Moje rozmówczynie wymieniają takie zatrute komunikaty jednym tchem: "jak urodzisz, to…", "wciąż mam nadzieję…", "nadal czekam", "jeszcze nie mam wnuków". Przytoczone urywki zdań brzmią niewinnie, ale kryją olbrzymi ładunek lekceważenia. Młode, bezdzietne kobiety, wkraczając w dorosłość, od najważniejszych osób w swoim życiu dowiadują się, że wszystko, co czują i co uważają, jest nieistotne, a decyzje, jakie podejmują, można przekreślić wzruszeniem ramion. Trzeba bardzo mocno sobie ufać, by zignorować ten demolujący emocjonalnie i obwinianieAle lekceważenie i pobłażliwość to nie jedyne narzędzia przymusu prokreacyjnego, po jakie sięgają matki w rozmowach z córkami i synowymi. Równie często posługują się zawstydzaniem i obwinianiem. W wielu domach panuje przekonanie, że posiadanie dzieci jest czymś naturalnym, a zatem rezygnacja z nich to w najlepszym wypadku ekstrawagancja, w najgorszym – wynaturzenie. Odstępstw od normy społecznej nie puszcza się płazem, stąd ostry ton rodzinnych sporów toczonych wokół świadomej bezdzietności. Kobiety, które nie chcą być matkami, słyszą: "jesteś nienormalna", "coś z tobą nie tak", "powinnaś się leczyć". Posądza się je o egoizm, emocjonalną niedojrzałość i brak odpowiedzialności. Matki potrafią publicznie zarzucić bezdzietnym córkom tchórzostwo lub lenistwo, nie czując przy tym krztyny zażenowania. Na forum rodziny omawiają ich możliwości prokreacyjne, rozliczają młodych z wypełniania małżeńskich obowiązków i rozwodzą się nad jakością ich materiału genetycznego. To, co najintymniejsze, staje się przedmiotem wielostronnych, upokarzających czują córki?Jak młode kobiety reagują na te wymuszone rozmowy? Źle. Świadczy o tym choćby dobór słownictwa, jakim się posługują, relacjonując potyczki z rodzicami. Według nich bliscy nie "rozmawiają", ale "dogadują", "cisną"," atakują pytaniami"," robią przytyki", "naciskają", "wiercą dziurę w brzuchu" lub "wchodzą życie z butami. W tych sformułowaniach pulsuje irytacja. Córki, zamiast miłości i wsparcia, dostają od matek jednoznaczny przekaz: "nie jesteś dla mnie ważna, ważniejszy jest wnuk". Czują się tym zranione, ale także zmęczone i zniechęcone bojami o prokreacyjną niezależność. Brakuje im wiary w możliwość porozumienia. Nie chcą być traktowane lekceważąco ani przedmiotowo. Nie chcą być publicznie zawstydzane, obarczane cudzymi pragnieniami ani oceniane przez pryzmat stereotypów towarzyszących bezdzietności z wyboru. A tych jest prowadzone od lat osiemdziesiątych pokazują, że dobrowolnie bezdzietni są postrzegani jako zapatrzeni w siebie karierowicze, ludzie samolubni, społecznie niedostosowani, emocjonalnie niedojrzali, samotni, nieodpowiedzialni, a także mniej wrażliwi i kochający niż osoby posiadające dzieci. Te obiegowe opinie niemal zawsze ujawniają się podczas sporów o wnuki i bardzo utrudniają komunikację. Najlepiej wyraziła to jedna z moich rozmówczyń: "Teściowa na co dzień uważa, że jestem dobrym człowiekiem, ale gdy mówię, że nie chcę być matką, natychmiast zmienia zdanie". To pokazuje, jak bardzo stereotyp złej bezdzietnicy, będący rewersem wyidealizowanego obrazu matki, potrafi przesłonić prawdziwą osobę. Dlaczego matkom tak trudno dogadać się z bezdzietnymi córkami? Bo się o nie bojąDlaczego niektóre matki ignorują odczucia córek i za wszelką cenę, ryzykując ostry konflikt, próbują nakłonić je do macierzyństwa? Najprostsza i pewnie najczęstsza odpowiedź brzmi: z troski. Niegdyś świat dość bezceremonialnie obchodził się z osobami bezdzietnymi. Jedyne, co miał im do zaoferowania, to samotność i status odszczepieńca. To dawne dzieje, ale pamięć o smutnych i zgorzkniałych Martach Korczyńskich wciąż w nas tkwi. Uważa się, że ludzie bezdzietni wiodą puste, jałowe życie, a po latach, obserwując szczęśliwe rodziny, żałują swojego wyboru. Żadna matka nie chce takiego losu dla swojej córki, a skoro dobrze jej życzy – życzy jej właśnie potomka. Sama przecież wychowała dziecko lub kilkoro dzieci i jest zaciemnia fakt, że o braku dzieci rozmawia się zazwyczaj językiem stereotypów. Matki nie pytają córek o to, dlaczego rezygnują z macierzyństwa. Ich decyzję tłumaczą sobie modą, wygodą albo wpływami popkultury, a zatem przesłankami wątpliwymi i niezbyt poważnymi, ale mocno zakorzenionymi w naszym myśleniu o odmowie prokreacji. Żyjemy w pronatalistycznej kulturze, która uparcie odrzuca koncept, by za bezdzietnością z wyboru stały ważne, sensowne i głębokie pobudki. Takie zarezerwowane są wyłącznie dla macierzyństwa i ojcostwa. Matki wrabiają więc córki w pieluchy, ponieważ boją się, że te z głupoty lub dla kaprysu pozbawią się ważnego życiowego inaczej niż córki interpretują bezdzietnośćStarcia między starszą a młodszą generacją kobiet biorą się również z odmiennych interpretacji zjawiska bezdzietności. Jeszcze kilka dziesięcioleci wstecz dzieci były oczywistym składnikiem kobiecego życia, a jeśli nie pojawiały się na świecie, to zwykle za sprawą okoliczności. Przykrych okoliczności! Choć bezdzietność wcale nie należała do rzadkości, traktowano ją jako ułomność lub życiowe niepowodzenie i raczej się nią nie chwalono. Świadoma rezygnacja z prokreacji właściwie nie istniała, a jeśli już pojawiała się w przestrzeni publicznej, to zwykle opisywano ją w kategoriach moralnego zła, podczas gdy urodzenie dziecka zawsze było opowiedzeniem się po stronie dobra, życia i macierzyństwo jest efektem skomplikowanych wewnętrznych negocjacji, których wynik wcale nie musi być przesądzony. "Kobiety szukają w sobie aktywnego pragnienia bycia matką – mówi dr Elżbieta Korolczuk, autorka książki "Matki i córki we współczesnej Polsce" – a jeśli go nie znajdują, często rezygnują z posiadania dzieci". A zatem bycie matką to wybór, bezdzietność zaś zyskuje status atrakcyjnej kontrpropozycji. Współczesny świat wpisał w nią tak pożądane cechy, jak: niezależność, mobilność, elastyczność, przedsiębiorczość czy asertywność, dzięki czemu przestała być synonimem niepełnego lub przegranego życia. To duża zmiana społeczna, za którą nie nadążają rodzinne narracje. Dla pokolenia matek brak dzieci nadal bywa zawstydzającym defektem, podczas gdy dla pokolenia córek to po prostu jedna z wielu dostępnych opcji, nieobarczona negatywnymi same nie miały wyboruWiele omawianych tu międzypokoleniowych dyskusji toczy się wokół pytania: czy macierzyństwo to wybór, czy przeznaczenie? W wypowiedziach matek często pojawiają się kategoryczne sformułowania: "to nie od ciebie zależy", "nie ty o tym decydujesz", "ja też nie chciałam i mam". Dziecko jako nieuchronność to popularna figura w rodzinnych sporach; figura, która młodym kobietom, wychowanym w kulcie planowania i zarządzania, wydaje się czymś nieznośnym. Matki i córki inaczej w tym kontekście definiują odpowiedzialność. Dla starszego pokolenia jej wyrazem jest zgoda na to, co zsyła los; dla młodszego – przejęcie sterów życia. Młode kobiety nie chcą bezwolnie poddawać się macierzyństwu, zwłaszcza jeśli w rodzinnym domu widziały, ile pracy i wyrzeczeń ono kosztuje. Bywają też rozczarowane postawą matek, które swoje szczęście oddały najwięcej goryczy pojawia się tam, gdzie matki próbują dzieckiem unieszczęśliwić córki, bo same w macierzyństwie były nieszczęśliwe. "To relacja pełna zawiści i poniżenia – tłumaczy Elżbieta Korolczuk. – Dziecko jest pozbawiane prawa do szczęścia i realizowania siebie. Zmusza się je, by podążało tą samą drogą, którą podążała matka, bo to potwierdza, że taki jest po prostu los. Nie można z tym walczyć. Wspólnym doświadczeniem matek i córek ma być brak szczęścia, poniżenie i jakiś rodzaj cierpienia". W takich układach młode bezdzietnice w matkach zamiast sojuszniczek widzą bezwzględne strażniczki tradycyjnego, krzywdzącego dla kobiet podziału ról płciowych. Nic dziwnego, że w ich wzajemne relacje wkrada się chłód, dystans i brak uważają, że córki zaciągnęły u nich pokoleniowy długSytuacji negocjacyjnej bezdzietnych kobiet nie poprawia fakt, że w naszej kulturze bycie córką (ale już nie synem) jest rodzajem długu zaciągniętego wobec rodziców. Trzeba go regulować na wiele sposobów: nieodpłatną opieką, świadczeniem rozmaitych przysług, byciem na zawołanie, ale także potomkiem. Rodzice mówią: „daj nam wnuka” albo „chcemy wnuka” i nie dostrzegają w tym nadużycia. A przecież traktują córkę jako narzędzie służące zaspokojeniu własnych potrzeb. Taka bezduszność uchodzi płazem tylko dlatego, że nasze społeczeństwo – jak wyjaśnia Elżbieta Korolczuk – "od wieków postrzega kobietę jako tę, która się poświęca; która nie ma własnych potrzeb czy pragnień, a jedynie odpowiada na pragnienia i potrzeby innych osób i z tego czerpie satysfakcję". W niektórych rodzinach mit kobiety-ofiarnicy wydaje się tak silnie zakorzeniony, że przesłania dobro tej prawdziwej kobiety – córki, której odmawia się prawa do życia po dały córkom inne wychowanie niż to, które same odebrałyW zebranych przeze mnie wypowiedziach pojawia się jeszcze jeden ciekawy motyw – deklarowaną bezdzietność córek matki traktują często jako wychowawczą klęskę, a przynajmniej dotkliwe niepowodzenie. Pytają: "Gdzie popełniłam błąd?" albo "Jak to się stało, że wychowałam taką egoistkę?". I chyba nikogo to nie dziwi, w końcu tym, co matki przekazują córkom, jest radość z matkowania właśnie. Jeśli młode kobiety odrzucają tę rolę, dla starszych to sygnał, że się w niej nie w tym samobiczowaniu może tkwić coś jeszcze. Zwraca na to uwagę Elżbieta Korolczuk w swojej książce o matkach i córkach we współczesnej Polsce. Z jej badań wynika, że obraz macierzyństwa przekazany córkom przez pokolenie matek oparty jest na głębokich sprzecznościach. Matki starały się z jednej strony zaszczepić córkom obowiązujący w Polsce heroiczny model macierzyństwa oparty na poświęceniu i rezygnacji z siebie, z drugiej strony, nauczone własnymi nieciekawymi doświadczeniami, straszyły ciążą i robiły wszystko, by ich latorośle zdobyły wykształcenie oraz dobrą posadę gwarantującą niezależność. Tak na wszelki wypadek, gdyby inwestycja w rodzinę okazała się chybiona, a z partnera wyszedł drań. "Większość kobiet – pisze Korolczuk – wydaje się przy tym nieświadoma tej ambiwalencji i sytuację, gdy ich dorosła i niezależna już finansowo córka nie ma i/lub nie chce mieć dzieci, odbierają jako niezrozumiałą (...)".Jakich błędów unikać w rozmowach z bezdzietnymi córkami?Młode kobiety żyją w innym świecie niż ten, w którym dorastały i układały sobie życie ich matki i babki, nie mogą więc ślepo powielać ich wyborów. Jeżeli matki tego nie zaakceptują, przepaść między nimi a córkami będzie się tylko pogłębiać. Jak zatem rozmawiać, żeby zasypać te podziały? Oto kilka niezawodnych recept. Nie zakładaj niczego z góry. Pytaj i słuchaj. W tych nieudanych dyskusjach na temat wnuków matki rzadko wypytują córki o powody rezygnacji z macierzyństwa, a jeśli pytają, to tylko po to, by zanegować lub wyśmiać argumenty córek. Nie interesują się ich uczuciami ani przemyśleniami. Sięgają po stereotypowe wytłumaczenia bezdzietności: zarzucają córkom niedojrzałość lub egoizm, ich postawę traktują jako efekt wygodnictwa albo zapatrzenia w modne kulturowe wzorce. To błąd, który może sporo kosztować. Jeżeli nie chcesz nadwerężyć relacji z córką, odrzuć te obiegowe opinie i wsłuchaj się w to, co ona mówi. Bez oceniania i zakładania z góry, że wiesz lepiej. Po prostu słuchaj… Nie przekonuj, ale próbuj zrozumieć. To jedna z największych pułapek sporu o wnuki – wiara w to, że dziecko trzeba przekonywać do rodzicielstwa. Nie trzeba, a wręcz nie należy. W dzisiejszym świecie decyzję o byciu matką każda kobieta podejmuje na własną rękę. Jedyne, co możesz zrobić, to rozmawiać, pytać, słuchać i podążać za córką. Każda ingerencja w jej wybór może mieć przykre konsekwencje. Niechcianego macierzyństwa żałuje się równie mocno jak niechcianej bezdzietności. Zobacz w córce człowieka, a nie stereotypową bezdzietnicę. O kobietach bezdzietnych pisze się i mówi w niepochlebnym tonie. Uważa się, że są niespełnione, samolubne, puste, płytkie, lekkomyślne, niedojrzałe, niezdolne do poświęceń. Pamiętaj jednak, że to nie jest zbiorowy portret niematek (bo te są przecież różne), ale rewers stworzonego przez społeczeństwo obrazu modelowej matki. Jego karykatura. Sięganie po te epitety z pewnością nie pomoże w porozumieniu, córka po prostu poczuje się zraniona i zniechęcona do dalszych rozmów. Nawet jeżeli nie możesz pogodzić się z jej wyborem, nie oceniaj je przez pryzmat bezdzietności. To wciąż ta sama osoba, którą od lat znasz i kochasz, a nie jakaś upiorna, stereotypowa antymatka. Nie posługuj się utartymi powiedzeniami. Odrzuć te wszystkie: „nie spełnisz się jako kobieta”, „zmienisz zdanie”, „kiedyś będziesz żałować”, „kto ci na starość szklankę wody poda?”. Podobnie jak stereotypy oddalają cię od córki, pogłębiają przepaść między wami, niczego przy tym nie załatwiając. Reakcją na te wyświechtane slogany jest jedynie złość, bezsilność, irytacja. Jeżeli naprawdę chcesz dotrzeć do swojej córki i porozmawiać z nią o przyszłości, ugryź się w język za każdym razem, gdy na jego końcu pojawi się slogan lub stereotyp. Nie lekceważ deklaracji o bezdzietności, nie mów: „wydziwiasz”, „kiedyś zmądrzejesz”, „jeszcze zmienisz zdanie”. To doniosła, życiowa decyzja i tak powinna być traktowana. Nawet jeżeli córka kiedyś zmieni zdanie, to w chwili, gdy z tobą rozmawia, czuje się osobą bezdzietną i jest to dla niej ważne. Każdy, wkraczając w dorosłość, musi wierzyć w swoje życiowe kompetencje, choćby na wyrost. Odnosząc się do wyboru córki pobłażliwie, lekceważąc go, wyśmiewając lub kwestionując, odbierasz jej to, czego potrzebuje najbardziej – zaufanie do samej siebie. Nie wzbudzaj w córce lub w synowej poczucia winy. W rodzinnych rozmowach o wnukach pada niekiedy zatruta fraza: „to twoja wina”. Twoja wina, że mój syn nigdy nie zostanie ojcem. Twoja wina, że wasze małżeństwo się rozpadnie. To jedna z najgorszych rzeczy, jaką mogą zrobić rodzice: wejść pomiędzy partnerów i judzić ich przeciwko sobie. Małżeńskie czy partnerskie rozmowy o dzieciach są wystarczająco trudne i bez rodzicielskich nagabywań. Są kwestie, do których często trudno podejść z małymi dziećmi, które są ważne, ale dla tych z nas, którym czasem trudno jest „przełamać lody” i rozpocząć rozmowę bez pozorów zmuszania. Problemy takie jak wykorzystywanie seksualne, przemoc ze względu na płeć czy zastraszanie są niestety na porządku dziennym i są to sytuacje, o których musimy porozmawiać aby dzieci wiedziały, kiedy mogą być w niebezpieczeństwie i jak mogą się może dlatego rozmowa między matką a jej 5-letnią córką opublikowana na stronie Witty Mum na Facebooku stała się wirusowa: wykorzystując moment, kiedy oglądali jeden z układów Simone Biles na igrzyskach olimpijskichskorzystał z okazji, aby porozmawiać z nią o historii molestowania seksualnego, którego doświadczała gimnastyczka, o zachowaniu, jakie starsi ludzie powinni zachowywać w stosunku do najmłodszych (w tym przypadku trenerów), a nawet o empatii, jaką powinniśmy mieć wobec kobiety w ciąży. Na ekranie telewizora pojawiła się Simone Biles. Mój mąż skomentował do naszych dziewczyn: „Ona jest najlepszą gimnastyczką na świecie”. Dodałem: „i ona jest naprawdę odważna”. Moja 5-letnia córka spojrzała na mnie i zapytała «Dlaczego?» Powiedziałem więc: „Ponieważ amerykańscy gimnastycy mieli kiedyś lekarza zespołowego, który okazał się złym człowiekiem. Dotykał intymnych części dziewczyn. To było takie przerażające, żeby dziewczyny komukolwiek o tym mówiły. Nie wiedzieli, czy ktoś im uwierzy i bali się utraty miejsca w zespole. Ale Simone Biles była jedną z dziewcząt, które zabrały głos i powiedziały, co się dzieje, a teraz ten przemocowy lekarz jest w więzieniu. Widziałem, że wciąż słucha, więc dodałem: „A teraz ma własne centrum fitness, w którym dba o bezpieczeństwo dzieci, gdzie rodzice mogą mieć na nie oko i dobrze się z nimi rozmawia zamiast na krzyki, co robi wielu trenerów, ale to nie w porządku”. Moja córka nie odpowiedziała. Wstała z krzesła i obserwowała każdą chwilę rutyny Simone Biles. Jakby tego było mało, Biles opuścił sponsoring Nike, ponieważ marka wycofała się ze wsparcia dla ciężarnych sportowców 👊 ⬆️ Wszędzie są momenty, w których można się nauczyć o bezpieczeństwie ciała i prawach dzieci. Weź to.* Myślę, że to świetny przykład na to, jak naturalnie prowadzić rozmowę z dziećmi: jeśli jesteśmy w domu, w miłej atmosferze i dzieląc chwilę z rodziną, istnieją idealne warunki do rozwiązania każdego problemunawet jeśli jest „delikatny”. Zaufanie to dziedzina, która jest pielęgnowana bardzo wcześnie, dlatego ważne jest, aby dzieci wiedziały i czuły, że mogą z nami porozmawiać o wszystkim. Jednym z naszych obowiązków jako rodziców jest zapewnienie im narzędzi, aby mogli się bronić i wiedza jest jedną z najpotężniejszychoczywiście biorąc pod uwagę, że zawsze musimy mówić do nich prawdę, nazywając rzeczy po imieniu i językiem odpowiednim dla ich wieku. Wypowiedź: Agnieszka Górecka, Wiceprezeska Fundacji Edukacji Społecznej, edukatorka seksualna, Odeta Moro, dziennikarka i prezenterka telewizyjna. Dzień pierwszej miesiączki pamięta każda z kobiet. To wyjątkowo ważny moment w życiu – moment, w którym niezwykle istotne jest odpowiednie przygotowanie córki i wprowadzenie jej w tajniki kobiecości, a szczera rozmowa matki z córką sprzyja budowaniu bliskości i więzi między nimi. Niestety, obecnie rzadko możemy spotkać się z bliską relacją. O startującej właśnie kampanii, które chce zachęcić matki do rozmowy z własnymi córkami, rozmawiamy z edukatorką seksualną Agnieszką Górecką oraz dziennikarką Odetą Moro. – „Kampania Porozmawiajmy Mamo podejmuje bardzo ważny temat, rozmów matek ze swoimi córkami na temat dojrzewania i pierwszej miesiączki. Wydaje się to oczywiste, w końcu kto inny, jak nie matka ma rozmawiać ze swoją córką na te tematy? Okazuje się jednak, że tak się nie dzieje.” – dla tłumaczy Agnieszka Górecka. Celem projektu „Porozmawiajmy Mamo” jest przekazanie mamom pomocnych narzędzi do rozmowy z córką, nie tylko w kontekście nadchodzących zmian fizjologicznych, ale co ważniejsze – zmian związanych z psychiką i emocjami młodej, dojrzewającej kobiety. Impulsem do rozpoczęcia kampanii były wyniki badania przeprowadzonego w 2018 roku przez Kantar Polska na zlecenie marki No-Spa. Badanie realizowane w formie blisko 100 godzin rozmów z mamami oraz nastolatkami, pokazało wyraźnie, że większość matek nie wie jak rozmawiać z córkami na temat menstruacji i dojrzewania. Miesiączka w wielu polskich domach jest wciąż po prostu tematem tabu, a ciężar przygotowania dziewczynki do zmian towarzyszących dojrzewaniu świadomie przenoszony jest na szkołę. Brak szczerej rozmowy sprawia, że miesiączka, która powinna być czymś naturalnym, budzi duże negatywne emocje – stres, skrępowanie, niepewność, strach, obawę przed bólem i rozczarowaniem. Dziewczynkom często brakuje tak potrzebnego w tym czasie „emocjonalnego przewodnika”, jakim powinna być matka. Czemu w dzisiejszych czasach dojrzewanie wciąż jest tematem tabu? – „Mam wrażenie, że w tej kwestii przez dwadzieścia lat niewiele się zmieniło. Oczywiście, pojawił się powszechny dostęp do Internetu, ale wciąż brakuje takiej pewności, że dojrzewanie, że zmiany w ciałach są czymś naturalnym, a nie wstydliwym. Mamy więc dostęp do mnóstwa rzetelnych informacji, ale nie umiemy ich młodym ludziom przekazać w sposób naturalny.” – komentuje ekspertka. Istotne jest, aby nastoletni chłopcy nie byli wyłączani z rozmów o miesiączce oraz dojrzewaniu dziewcząt. Są ich kolegami z klasy, przyjaciółmi, chłopakami, a w przyszłości mężami oraz ojcami córek. Nie ma żadnego powodu, dla którego nie mieliby posiadać wiedzy odnośnie cyklu menstruacyjnego. Poza tym, to niewiedza jest najczęstszym źródłem niechęci i obrzydzenia oraz podtrzymuje tabu wokół miesiączki. Tak samo jak ważne jest, by mamy rozmawiały o miesiączce z córkami, mamy synów również nie powinny pomijać tego tematu. To właśnie one są dla chłopców najbliższymi na tym etapie kobietami. Mają okres, doświadczają zmian zachodzących w cyklu, a synowie na co dzień to obserwują. Chłopak, tak samo jak dziewczynka, powinien wiedzieć czym jest miesiączka, jak przebiega, że czasem towarzyszy jej ból i dyskomfort. Chłopiec, który będzie posiadał taką wiedzę i dla którego ten temat nie stanowi tabu, nie będzie wyśmiewał swoich koleżanek gdy usłyszy, że mają okres lub wypadnie im z plecaka podpaska. Nie będzie reagował wstydem, czy zażenowaniem przy poruszaniu tego tematu, tylko potraktuje go jako coś naturalnego. Gdzie matki mogą szukać pomocy, jeśli chcą zacząć rozmowy ze swoimi córkami na temat seksualności? Zapytaliśmy o tę kwestię dziennikarkę Odetę Moro: – „Rozmowy o dojrzewaniu to zawsze była kwestia trudna i często obydwu stronom jest niewygodnie i niezręcznie. Dlatego tak bardzo się cieszę, że już za chwilę rusza kampania Porozmawiajmy Mamo – może ona pokaże potrzebę rozmowy między matką, a córką. Dodatkowo, ruszy cała platforma edukacyjna dla mam, które mieszkają w odległych zakątkach Polski i nie mają możliwości spotkania się z ekspertem w tych dziedzinach. Dzięki temu będą mogły uzyskać odpowiednią wiedzę w Internecie. Rusza kanał na platformie YouTube, które będą namawiać do sprawdzenia, czy nasze relacje matka-córka są wystarczające i czy sama rozmowa wystarczy. Dodatkowo, od września do listopada będą pojawiać się webinaria, z ekspertami, którzy będą do dyspozycji każdej mamy, mającej zasięg internetowy.” – tłumaczy Odeta Moro. Uchodźca ma być słaby, nieporadny, zagubiony i pozbawiony sprawczości – wtedy chcemy wyciągnąć do niego rękę. Ma sobie nie radzić, potrzebować naszej pomocy, a wisienką na torcie jest wdzięczność. W takim ustawieniu to pomagający decyduje, wie lepiej, jest na pozycji uprzywilejowanej. Ten, któremu się pomaga, musi się dostosować, jest w pułapce, w której „obklejają” go oczekiwania. O tym, dlaczego tak ochoczo pomagamy matkom z dziećmi, czy naprawdę singielki w czasie wojny mają gorzej i co zobaczymy w lustrze, gdy przyjrzymy się temu, jak pomagamy, porozmawiałam z dr Martą Pietrusińską – doktorem nauk społecznych w dziedzinie pedagogiki i socjolożką z Uniwersytetu Warszawskiego. Alicja Cembrowska: Od jakiegoś czasu w mediach pojawiają się dość szumne nagłówki, że bezdzietne singielki są najszczęśliwszą grupą społeczną. Wniosek pochodzi z badań doktora Paula Dolana z London School of Economics. Faktycznie kobietom bywa lepiej bez dzieci i męża? Dr Marta Pietrusińska: To zależy oczywiście od kultury, o której mówimy, chociaż rzeczywiście jest tak, że od kilku, nawet już od 10 lat, widzimy pewne przemiany, w tym jak są tworzone lub właśnie jak nie są tworzone rodziny. W Polsce te przemiany zachodzą trochę później, ale można zauważyć, że kobiety coraz częściej wybierają bycie singielką, chociaż nie powiedziałabym, że jest to w 100 procentach ich wybór, bo wynika z trzech podstawowych powodów. Zamieniam się w słuch, co to za powody. Po pierwsze w ostatnich czasach mówimy o kryzysie męskości i on jest dość widoczny. Jednym z takich powodów rezygnacji z wejścia w związek jest to, że kobiety, również w Polsce, są coraz częściej lepiej wykształcone niż mężczyźni i już coraz częściej lepiej od nich zarabiają, a dodatkowo pełnią wiele ról społecznych. Zaburza to konserwatywne podejście, że tradycyjną rolą mężczyzny jest utrzymanie rodziny. Dla niektórych to, że kobieta zarabia lepiej, jest problemem – tutaj mam na myśli głównie klasę średnią i wyższą, chociaż zdarza się też, że w klasie ludowej również jest tak, że to kobiety lepiej radzą sobie finansowo. I to rzeczywiście dość utrudnia bycie w związkach. Mężczyźni cały czas nie są jeszcze nauczeni partnerstwa. Co ciekawe, badania pokazują, że kobiety szybciej się usamodzielniają, szybciej opuszczają domy rodzinne i to jest bardzo znaczący aspekt, bo mężczyzn, którzy do trzydziestki czy nawet czterdziestki mieszkają z rodzicami i zajmują się nimi matki, kobiety raczej nie wybierają. Nie chcą być w „trudnym związku”, gdy one są niezależne, a mężczyźni dopiero do tego dojrzewają. A drugi powód? Druga sprawa to oczywiście znowu jest pewnego rodzaju wybór, ale też nie tak zupełnie, bo jest on podyktowany mocnymi czynnikami zewnętrznymi – po prostu coraz trudniej jest mieć dzieci, ale i ta przemiana ma dwa aspekty. Jeden jest pozytywny, czyli zaczynamy mówić wprost, że macierzyństwo nie definiuje kobiety. Rzeczywiście w Polsce to cały czas kwestia bardzo dyskutowana i mocno w nas siedzi, że macierzyństwo definiuje kobiecość. Gdy kobiety nie mają dzieci, są wprost pytane, dlaczego i bywa, że nie są uznawane za pełnowartościowe osoby. Na szczęście i tutaj widać pewne przemiany i małymi kroczkami odwracamy tę narrację. Każdy powinien móc otwarcie przyznać, że nie ma dzieci, bo nie potrzebuje ich do szczęścia, bo woli wybrać karierę, nie czuje, że chce być rodzicem. Kolejna rzecz – tutaj dochodzę do tej negatywnej strony tych przemian. Polskie kobiety boją się mieć dzieci. Mają za to bardzo dużo powodów do tego strachu. Sprawa z tak zwanym Trybunałem Konstytucyjnym z 2020 roku i wyrok dotyczący aborcji sprawiły, że dzieci rodzi się mniej. I to wynika z danych, widać w statystykach, że z roku na rok w Polsce jest coraz mniej urodzeń. Nie jest to jedynie efekt restrykcyjnego prawa aborcyjnego, ale też braku zabezpieczenia społecznego – nadal jest tak, że nie ma żłobków, dostęp do przedszkoli jest ograniczony, a kobieta, która zachodzi w ciążę, ma później trudniej na rynku pracy. Dlatego część kobiet świadomie podejmuje decyzję o życiu singielki, a część nie może znaleźć odpowiedniego partnera. Pora wyłączyć hierarchizowanie cierpienia i określanie go swoją miarą. Każdy człowiek zasługuje na wsparcie i pomoc Czyli to nie jest tak, że singielki żyją jak pączki w maśle i niczym się nie przejmują – wszak omijają je problemy związkowe i związane z dziećmi? Myślę, że badania, które określają je najszczęśliwszymi, jednak zawierają w sobie to, że ta grupa jest odciążona od trudów bycia matką, bo powiedzmy to wprost – to bardzo trudna rola społeczna i o tym też się coraz więcej mówi. Bycie w związku, tym bardziej w czasach kryzysu męskości, to też wcale nie jest taka prosta sprawa. Bo jak dogadać się z kimś, kto został wychowany, że jako mężczyzna musi zarabiać więcej, utrzymywać dom i niejako „zarządzać” życiem rodzinnym? Jeżeli będziemy badać osoby, które są w takich związkach, mają dzieci i porównamy je do singielek, to wyniki nie są zadziwiające, ale to też nie oznacza, że te kobiety są ot tak szczęśliwe. Bycie singielką nie zawsze jest wyborem, nieraz to „ucieczka do przodu”, czyli podejmuję decyzję o przyszłości na postawie warunków, które mam teraz. Ciekawa natomiast jestem, jak rozkłada się to w związkach nieheteronormatywnych – mam podejrzenia, że zauważylibyśmy tam odwrotny trend. Prawdopodobnie więcej kobiet decyduje się wchodzić i mówić o swoich związkach z drugą kobietą i przez to zmniejsza się liczba singielek, bo jest większa zgoda społeczna na bycie w takiej relacji. Prawda też jest taka, że kiedyś kobieta musiała mieć rodzinę – zapewniało jej to przetrwanie, a nawet przeżycie. Teraz radzimy sobie bez męża i dzieci. Byłabym ostrożna z taką tezą – w sensie ekonomicznym to jak najbardziej kobieta teraz nie potrzebuje mężczyzny, który będzie ją utrzymywał, ale tak już było w latach 50. i 60. Tak naprawdę od czasu II wojny światowej, gdy mężczyźni poszli na front, a kobiety weszły do fabryk i zaczęły pracować, obserwujemy te przemiany. Oczywiście teraz jesteśmy dużo, dużo dalej – skupię się na Polsce, bo jednak na świecie jest z tym różnie, ale w naszym kraju widać, że coraz więcej kobiet ma wyższe wykształcenie, a mimo to i tak dalej nie zarabiają lepiej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. Nie zmienia to faktu, że kobieta może sobie pozwolić na singielstwo – w dużych miastach nie jest to problemem, trochę gorzej wygląda to w mniejszych miejscowościach – tam nadal rozbrzmiewają głośne pytania o męża i dzieci, o to, kiedy kobieta wywiąże się ze swojej roli społecznej. Dlatego podzieliłabym singielki na te, które rzeczywiście wybierają taki styl życia, i na te, które są do niego zmuszone. Kilka miesięcy temu tysiące singielek za naszą wschodnią granicą obudziło się w kraju objętym wojną. W „Wysokich Obcasach” pojawił się niedawno artykuł z mocną tezą: singielki w czasie wojny mają trudniej. Mają? Jeżeli mówimy o ukraińskich singielkach, to trzeba zacząć od przemian, o których przed chwilą rozmawiałyśmy – w Ukrainie postępują one jeszcze wolniej niż u nas. Wydaje mi się jednak, że kobiety w czasie wojny, nieważne czy są singielkami, czy są mężatkami, mają tendencje do siostrzeństwa i to jest coś, co się dzieje, niezależnie od ich statusu. I to również pojawiło się w tym artykule – że dwie singielki zamieszkały razem i się wspierały. Z drugiej strony można powiedzieć, że skoro nie ma się partnera, to nie trzeba się martwić, że on na przykład zginie na wojnie czy zostanie wzięty do wojska, ale przecież singielki mają ojców, braci, przyjaciół… Dlatego uważam, że tutaj nie ma różnicy. Ale i tak są osoby, którym pomagamy chętniej… Tak jest i tutaj trzeba to powiedzieć – najbardziej ujmującą za serce osobą, której będziemy chcieli pomagać, jest matka z małym dzieckiem. Na samym początku wojny, kiedy już zaczęli przyjeżdżać na granice pierwsi ludzie, były robione listy, kto i kogo może przyjąć – najczęściej wskazywano na kobiety z dziećmi, a nie singielki czy osoby starsze. Może właśnie tak naprawdę najbardziej chcemy pomagać po prostu dzieciom, a że są one z matkami, to i one się załapują? Podobnie jest, gdy chodzi w ogóle o pomoc humanitarną – tutaj też od razu zaczynają działać stereotypy i najpierw pomoc dostaną matki z dziećmi, potem osoby starsze, następnie kobiety i dopiero mężczyźni. Ale to znowu ma dodatkowy wymiar, bo jednak łatwiej jest uciekać samemu niż z dziećmi. Ja na przykład przyjęłam do swojego domu singielkę, która przyjechała do Polski z siostrą i jej synem. Siostra jest obecnie w Niemczech, nadal nie może znaleźć pracy i musiała wybrać miejsce, kierując się szkołą dziecka. Z kolei singielka bez problemu w kilka tygodni znalazła pracę w Danii. W polskiej narracji uchodźcami muszą być osoby niesamodzielne, które sobie nie radzą, a jednak singielki kojarzone są z paniami z dużych miast, które odnoszą sukcesy i są niezależne. To nie pasuje do obrazu uchodźczyni, my chcemy bezradną osobę, którą my – jako wybawiciele – się zaopiekujemy. Myśli pani, że to jest kwestia samego dziecka czy raczej relacji matka-dziecko, którą gloryfikujemy, mówimy, że to najważniejsza relacja w naszym życiu? Głównie chodzi o dziecko, ale matka jest nieodłączną częścią tego obrazu. Jest takie określenie „małoletni bez opieki”, czyli takie dziecko, które jest uchodźcą bez opiekunów prawnych, ucieka samo. Rzadziej się o nich mówi, dominuje raczej przedstawienie matki z dzieckiem. I jest to związane z wiarą katolicką. Analizowałam kiedyś książki dla dzieci i to, w jaki sposób się prezentuje ten temat – tak, były tam ilustracje nawiązujące do Matki Boskiej z Jezusem. Mamy w polskiej świadomości poczucie, że matka z dzieckiem to ktoś, kto potrzebuje pomocy. Ta figura jest bardzo mocno sklejona i ciężko to rozdzielić – trudno określić, komu wtedy tak naprawdę pomagamy. Matce czy dziecku? W tym aspekcie młodym singielkom trudniej uzyskać pomoc, ale i tak „mają lepiej” w zestawieniu z jeszcze inną grupą – samotnymi kobietami po 60., 70. czy 80. roku życia. W przestrzeni zakupowej HelloZdrowie znajdziesz produkty polecane przez naszą redakcję: Mama WIMIN Myślę o dziecku, 30 kaps. 59,00 zł Odporność, Good Aging Naturell Witamina D 1000mg, 365 tabletek 70,00 zł Odporność, Good Aging, Energia, Beauty Wimin Zestaw suplementów, 30 saszetek 99,00 zł Zdrowie umysłu Deep Focus from Plants 60 kaps. wegański 45,00 zł 90,00 zł Zdrowie umysłu WIMIN Głębokie skupienie, 30 kaps. 79,00 zł W polskiej narracji uchodźcami muszą być osoby niesamodzielne, które sobie nie radzą. Najchętniej pomagamy dzieciom, ale matka jest nieodłączną częścią tego obrazu. Jest to związane z wiarą katolicką Nie da się jednak pominąć masowego zrywu. Polacy ruszyli do pomagania. Dlaczego tak chętnie wyciągnęliśmy rękę do Ukraińców? Daleka jestem od myślenia, że ludzie są po prostu altruistyczni. To, co się wydarzyło, w dużej mierze było reakcją na stres, próbą odzyskania sprawczości. To jest takie trochę myślenie magiczne: jeżeli ja teraz komuś pomogę, to jak przyjdzie wojna do Polski, to i mi ktoś pomoże. To „wybieranie”, komu pomagam, a komu nie, było widoczne w pierwszych dniach wojny. Wartościowanie, kto ma lepiej, kto ma gorzej, przypomniało mi sytuację pandemiczną, gdy wszyscy musieliśmy siedzieć w domach… Robiłam na ten temat projekt badawczy z koleżankami z uczelni. Zapytałyśmy kobiety z Uniwersytetu Warszawskiego – pracownice naukowe, jak i panie pracujące w administracji – o ich doświadczenia. I w wywiadach, i badaniach ankietowych wyszło, że według wszystkich najgorzej w czasie pandemii mieli rodzice – to oni musieli przejąć funkcje opiekuńcze i edukacyjne szkół, a do tego musieli pracować. Najwięcej jednak spraw związanych z opieką nad dziećmi spadło na kobiety i to niezależnie jak wysoko wykształcone. I co ciekawe – badanie ujawniło też moc patriarchatu w takich najmniejszych szczegółach. Jeżeli w domu było biurko, to pracował przy nim mężczyzna, a kobieta… miała miejsce w kuchni. Singielkom w czasie pandemii szybko udało się, dzięki internetowi, nawiązać relacje, budować grupy wsparcia, odbywać spotkania online, bo miały na to więcej czasu. I to też potwierdziły badania. Dodam, że obydwie grupy – i singielki, i rodzice – w ankietach wskazywały, że to ci drudzy mieli najtrudniej w czasie izolacji. Mimo wszystko nie przemawia do mnie licytacja, kto ma gorzej. Tym bardziej w kontekście wojny, bo przecież jest to wydarzenie traumatyczne dla każdego i denerwuje mnie, że często pomija się w tym wszystkim mężczyzn, którzy przecież wcale nie dostają nagle magicznych mocy. Też się boją, martwią, stresują, cierpią… Jak najbardziej – też tak uważam. Od wielu lat działam w obszarze pracy na rzecz osób z doświadczeniem migracyjnym i zanim rozpoczęła się wojna, to pracowałam przy granicy polsko-białoruskiej. Intensywnie działaliśmy, żeby pokazać, że nieważne, czy to jest młody, silny mężczyzna, czy małe dziecko – w lesie każdy z nich potrzebuje tego samego. Wiek nie ma tutaj znaczenia. Oczywiście dziecko będzie mniej sprawcze w przeżyciu niż dorosły, bo nie jest sobie w stanie poradzić na podstawowym poziomie – mówimy tutaj o takich małych dzieciach, które są zależne od opiekunów. Jednak na poziomie wartości to wojna i prześladowanie, stan zagrożenia życia są traumatyczne dla każdego. Każdy jest głodny, każdy się boi wybuchu bomb, każdy się martwi o życie swoje i najbliższych. Niektórzy mają kompetencje czy doświadczenia, które pozwalają im przez to łatwiej przejść, ale jest to dość rzadkie. Jeśli chodzi o migracje uchodźcze, w sytuacji, gdy trzeba uciekać ze swojego kraju, to badania wskazują, że dzieci dużo szybciej się integrują niż dorośli. Więc teraz można powiedzieć, że o ile dziecku trudniej sobie poradzić z samym doświadczeniem, na przykład wojny, bo nie ma kompetencji poznawczych i emocjonalnych, to aklimatyzowanie się w nowym kraju przychodzi mu łatwiej niż osobie dorosłej. Byłam ostatnio na spektaklu „Odpowiedzialność” w Teatrze Powszechnym w Warszawie i tam również zestawiono sytuację na granicy z Białorusią i na granicy z Ukrainą. Padło tam mocne pytanie – jak to jest, że słyszymy płacz dziecka z Mariupola, a nie słyszymy płaczu dziecka z Aleppo? To jest bardzo proste. Dziecko z Aleppo ma inny kolor skóry. Moja koleżanka, która pracowała na granicy polsko-ukraińskiej i polsko-białoruskiej, długo nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że na granicy polsko-ukraińskiej funkcjonariusz policji zadowolony i cały w skowronkach rozdaje dzieciom ciasteczka i czekoladki, a na granicy polsko-białoruskiej dokładnie takie samo dziecko, tylko o trochę ciemniejszym kolorze skóry, bez mrugnięcia okiem wypycha do lasu. To się dzieje. Sytuacje na tych dwóch granicach bardzo pokazały, że my w Polsce jesteśmy rasistami. Wychodzi na to, że w tym pomaganiu moglibyśmy przeglądać się jak w lustrze… W ostatnich miesiącach ujawniło się dużo naszych pozytywnych cech narodowych, ale i niestety dużo negatywnych. Dużą rolę odegrała w tym polityka: państwo straszyło nas, że pomaganie ludziom na granicy polsko-białoruskiej jest nielegalne. Nie jest prawdą, że za podanie komuś butelki z wodą można pójść do więzienia. Ostatnio studentka Uniwersytetu Warszawskiego została zatrzymana na 72 godziny, potem chciano ją wsadzić do aresztu tylko za to, że czekała w samochodzie na grupę, która wracała z interwencji. Teraz dziewczyna ma sprawę i grozi jej 8 lat za przemyt ludzi. Nie dziwię się, że takie historie zatrzymały Polaków w pomaganiu uchodźcom na granicy polsko-białoruskiej. Gloryfikowano natomiast wszystkie osoby, które działały na granicy polsko-ukraińskiej. Dlaczego? Bo rząd by sobie nie poradził bez tej pomocy. Bez Polek i Polaków, którzy się zmobilizowali, mielibyśmy do czynienia z ogromną katastrofą humanitarną. Wrócę jednak jeszcze do rasizmu, ponieważ on ujawnił się też na granicy polsko-ukraińskiej. Bezpośrednio uczestniczyłam w sytuacji, gdy oczekiwaliśmy na Dworcu Zachodnim na pociąg ze Lwowa. Były to pierwsze dni wojny. Z wagonów wysiadła grupa studentów z krajów afrykańskich. Potrzebowali miejsca przez kilka, kilkanaście dni, żeby się skontaktować ze swoimi ambasadami, ponieważ w Ukrainie tych ambasad nie ma. Pociąg przyjechał o 2 w nocy. Jak zaczęli wysiadać z niego ludzie, to na własne oczy widziałam, jak kilkanaście osób, jak zobaczyło, że ma przyjąć do domu kogoś o ciemnym kolorze skóry, to się odwróciło na pięcie i poszli powiedzieć, że ich nie wezmą. Łatwiej nam przyjąć kobietę podobną do nas, najlepiej jeszcze z małym dzieckiem, niż afrykańskiego studenta. Mimo że ten student pomieszkałby kilka dni i wyjechał. I też patrząc na ekonomiczne względy – byłby mniejszym obciążeniem, bo potrzebuje mniej wsparcia. Nie ma tutaj logicznego wytłumaczenia. Takie nagłe pomaganie często ma niewiele wspólnego z logiką. Kilka dni po wybuchu wojny pod granicą zaczęły rosnąć sterty śmieci, ludzie „obdarowywali” uchodźców niepotrzebnymi ciuchami z dna szafy, a środowiska pomocowe zaczęły załamywać ręce. Pomaganie wcale nie jest prostą sprawą. Ludzie, którzy zajmują się tym od lat, tym bardziej mam na myśli wspieranie grup mniejszościowych, mówią, że żeby dobrze pomagać, to trzeba być specjalistą i że naprawdę nie warto się za to brać, gdy nie ma się tego dobrze przemyślanego. Wracamy do pytania, dlaczego pomagamy… Tak, bo bardzo dużo osób rzuciło się do pomagania, ponieważ wydarzyło się coś bardzo złego, nad czym nie mieliśmy kontroli. Więc tok myślenia jest taki: jeżeli zacznę jakoś działać, coś robić, stanę na tym dworcu albo będę rozdawać zupę, przyjmę kogoś do domu, oddam wór ubrań i zrobię przelew, to odzyskam sprawczość – tak nam się wydaje, bo przecież nie jesteśmy w stanie kontrolować wojny w Ukrainie. To właśnie złudne poczucie kontroli sprawiło, że ludzie zaczęli pomagać kompulsywnie. Znam przypadki, gdy ktoś rzucił pracę, żeby cały swój czas poświęcić na pomaganie uchodźcom z Ukrainy. Dlatego trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego ja pomagam? Czy robię to, żeby sobie coś załatwić, czy w centrum tego pomagania jest ta osoba, której pomagam? Pomagam komuś czy może sobie? Właśnie w tym rzecz. Dlatego w grupach, które zajmują się tym profesjonalnie, unikamy słowa „pomaganie”. Zastępujemy je słowem „wspieranie”, bo to pokazuje, że w centrum ma być ta osoba, która doświadcza od nas tego wsparcia, ale to ona decyduje, czego chce i potrzebuje, a czego nie. Coraz częściej się pojawia i będzie się niestety pojawiać przekaz, że Ukraińcy są niewdzięczni, że coś im się nie podoba, że się oburzają, gdy dostają stare ubrania. Przecież my im daliśmy i powinni być tacy wdzięczni. Dlatego to, co zrobił rząd – danie 40 zł polskim rodzinom, które przyjęły osoby uchodźcze, było po prostu karygodnym błędem. Skrytykowały to niemal wszystkie organizacje pozarządowe pracujące w obszarze migracji. Te pieniądze trzeba było dać uchodźcom i uchodźczyniom – to oni mogliby się ewentualnie umawiać, że będą płacić tym rodzinom, u których mieszkają. To nie tylko odebrało sprawczość i uzależniło przyjezdnych od gospodarzy, ale sprzyjało też patologiom. Skala nie była bardzo duża, ale dochodziło do czegoś, co można nazwać handlem ludźmi. Niestety też spotkałam się z tym żądaniem wdzięczności od uchodźców. I to w przypadku dzieci – że to właśnie najmłodsi z Ukrainy są niewdzięczni. Było takie założenie, że dzieci ukraińskie powinny być dozgonnie wdzięczne, bo dostały wyprawki do szkoły i w ogóle zostały przyjęte do szkół. A potem ujawniła się złość tych dzieci, nazywa się je niegrzecznymi. Ktoś się dziwi? Im się zmieniło całe życie, musiały zostawić swoich przyjaciół, wyjechać do innego kraju, rzucić wszystko, pożegnać się z tatą, wujkiem, dziadkiem. A my każemy im cieszyć się z plecaczka? Przecież to jest absurd! Jak można w ogóle tego wymagać? Mam wrażenie, że w niektórych Polakach narosło poczucie niesprawiedliwości. W ostatnich dniach kilka razy usłyszałam hasło: my nie mamy, a im rozdajemy, oni dostają wszystko, a zwykły Polak ledwo wiąże koniec z końcem. Przy takich dużych kryzysach humanitarnych jest kilka faz i muszę powiedzieć, że jako Polska naprawdę przeszliśmy je w pozytywny sposób. Pierwsza faza to jest oczywiście faza szoku, ale zaraz potem zaczyna się tak zwany miesiąc miodowy, euforia. Działamy, pomagamy, organizujemy się, coś robimy i to szybko zaspokaja te pierwsze potrzeby, więc niemal od razu widzimy efekty naszych działań. Przyjeżdża mama z dzieckiem i nie ma wózka? Załatwiamy w kilka godzin. To euforia, że jesteśmy sprawczy, ale im dłużej taki kryzys trwa, tym pojawia się więcej wyzwań, na które już nie ma takiej łatwej i szybkiej odpowiedzi. Pojawiają się problemy z integracją, wątpliwości, bo ludzie z Ukrainy mieli przecież tylko na chwilę przyjechać, a oni już 5. miesiąc tutaj są i nie wiadomo, kiedy wyjadą, żłobki i przedszkola są przepełnione, a jeszcze na tych ludzi idą takie pieniądze… Pojawiają się frustracja i zmęczenie. Nie bez znaczenia jest też kontekst relacji polsko-ukraińskich. Do 24 lutego Ukraińcy byli jedną z bardziej dyskryminowanych grup migranckich. Zaszłości historyczne były podgrzewane po obu stronach, a i Ukraińcy, kształtując swoją nową tożsamość narodową, oprócz kreowania wroga w Rosjanach, podkreślali, że Polacy też nie zawsze byli tacy super, przypominali: „my byliśmy przez wieki chłopami, a oni panami”. A w Polsce wiadomo: Wołyń. Teraz dodatkowo te nastroje podkręcają rosyjskie trolle. Przed wojną nasze wyobrażenie o Ukraińcach lokowało się w panach z budowy, paniach sprzątających czy pracownicach seksualnych – były to takie najmocniejsze obszary stereotypów. A wojna wykreowała nam wspólnego wroga, stereotypy na chwilę schowały się za mgłą. Ale właśnie – tylko schowały. W grupach, które zajmują się tym profesjonalnie, unikamy słowa „pomaganie”. Zastępujemy je słowem „wspieranie”, bo to pokazuje, że w centrum ma być ta osoba, która doświadcza od nas tego wsparcia, ale to ona decyduje, czego chce i potrzebuje, a czego nie Tych wszystkich kontekstów raczej nie wyłapie ktoś bez specjalistycznej wiedzy. Pracując z osobami z doświadczeniem migracyjnym, bardzo zwracamy uwagę na ich stan psychiczny, bo oni też są trochę w pułapce. Naprawdę uchodźcy uważają, że powinni być wdzięczni i się nie dziwią, że Polacy tego oczekują. I nie mówię tylko o osobach z Ukrainy, tylko o wszystkich, którzy są u nas dłużej, więc wiedzą, że Polacy oczekują tej wdzięczności. Ale ci ludzie mają też oczy i uszy. Wiedzą o stereotypach i doświadczają tego, co w Polsce nie działa. Jednak przez oczekiwanie tej wdzięczności wolą nie mówić, co im nie pasuje. Boją się hejtu i posądzenia o to, że nie doceniają tego, co dostają. A zapewniam, że dużo rzeczy w obszarze związanym z integracją czy polityką migracyjną w Polsce nie działa. Wspomniała pani o trollach. Mam wrażenie, że coraz więcej Polaków ulega tej nakręcanej w sieci narracji antyukraińskiej. To się dzieje i będzie się działo. Obecna sytuacja ekonomiczna w Polsce jeszcze to ułatwia. Już się mówi, że „to przez Ukraińców, u nich jest wojna, a u nas wszystko drożeje – prąd, gaz, benzyna” i że „przecież mogliby oddać Putinowi ten kawałek ziemi, wszyscy mielibyśmy spokój, a oni dalej się o to tłuką”. Jest szansa, że w obliczu takich wyzwań uda nam się podtrzymać dobre relacje z Ukrainą i pomóc w asymilacji tych, którzy postanowią zostać w Polsce? W szkołach na pewno czeka nas wielkie pole bitwy. Za kilka tygodni dowiemy się, czy uda się osoby z Ukrainy zintegrować, czy dojdzie do ogromnej dyskryminacji. Niestety obawiam się, że to się nie uda. Po pierwsze dlatego, że nauczyciele zostawiali pozostawieni sami sobie. Na poziomie rządowym nie zrobiono praktycznie nic, wszystko zostało zrzucone na samorządy. A praca w środowisku wielokulturowym jest naprawdę bardzo trudna. I zaczyna się od samego siebie, trzeba z każdej strony obejrzeć drzemiące w nas stereotypy, dowiedzieć się, jak reagujemy na pewne sytuacje, żeby też zacząć zauważać swoje zachowania. A my mamy wkurzone, zagubione dzieci i nauczycieli, którzy nie dostali żadnej pomocy. Za chwilę przyjdzie im pracować z ofiarami traum, które wcale nie garną się do integrowania, mają stany lękowe, depresję, zespół stresu pourazowego. Rokowania nie są dobre. Jak zatem pomagać, żeby nie szkodzić? Jeżeli chce się pomagać, to na początek należy zadać sobie dwa pytania. Najpierw: po co ja chcę to robić? A potem: czy jestem gotowy, żeby rzeczywiście wysłuchać potrzeb drugiej osoby i nie oczekiwać wdzięczności? Wspieranie to gotowość do wysłuchania też tych rzeczy, które wcale mi się nie spodobają. I dodam jeszcze, że pora wyłączyć hierarchizowanie cierpienia i określanie go swoją miarą. Każdy człowiek zasługuje na wsparcie i pomoc. Marta Pietrusińska – doktor nauk społecznych w dziedzinie pedagogiki, socjolożka specjalizująca się w wielokulturowości/międzykulturowości oraz edukacji obywatelskiej. Zajmuje się przede wszystkim zagadnienia związanymi z europejskim islamem w kontekście obywatelskości muzułmanów, migracji, integracji uchodźców i imigrantów na poziomie lokalnym. Od 2008 roku współpracuje z organizacjami pozarządowymi działającymi na rzecz integracji migrantów w Polsce oraz podnoszenia jakości edukacji obywatelskiej (Fundacja Civis Polonus, SINTAR, Fundacja dla Wolności, CIM). Obecnie pracuje, uczy i prowadzi badania na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka książki „Czy muzułmanin może być dobrym obywatelem? Postawy obywatelskie młodych muzułmanów z Polski, Turcji i Wielkiej Brytanii”. Zobacz także

rozmowa matki z córką